|
"Może uradzą rajce, by nas zostawić w bajce." - śpiewali na scenie krakowskiego teatru aktorzy grający zwierzynieckich
andrusów. W roku 1900 Zwierzyniec i Półwsie były jeszcze podmiejskimi gminami. Już nie wsiami, choć jeszcze tu i ówdzie widziało się drewnianą chałupę, lecz jeszcze nie miastem. Pierwszymi
zwiastunami były kamienice wznoszone na Półwsiu. Jeszcze Stawy grały żabiemi chórami, jeszcze przy Senatorskiej gdakały kury, a już zaczynały wyrastać murowane kamienice. Czasem
niewielkie, parterowe, ale coraz częściej już piętrowe, już obliczone na dochód z lokatorów. Przeprowadzali się do nowych budynków zwierzynieccy "murorze". Choć zdarzało się, że familia murarska, która przez
sto lat z okładem budowała domy w Krakowie, mieszkała w drewnianym domu pamiętającym czasy Wolnego Miasta. Tak było z Nalepami, których rodowa siedziba przy Księcia Józefa obrasta dziś dzikim winem,
maskującym okrucieństwo czasu, obracającego w ruinę pamiątkę dawnego Zwierzyńca. W domach i
tych starych, i tych nowych, wznoszonych już na miejską modłę mieszkali ludzie ze Zwierzyńca. Obie gminy były dość ludne. W roku 1900 na Zwierzyńcu i Półwsiu mieszkało prawie pięć i pół tysiąca ludzi. Byli to w większości potomkowie starych, od lat już tu osiadłych rodzin. Choć monarchia Habsburgów była wielonarodowa, to jednak pod górą św. Bronisławy rzadko słyszało się inną mowę niż polszczyzna. A była to polszczyzna piękna. Z tak charakterystycznym zwierzynieckim zaśpiewem, z melodią odrobinę podobną do tonów, jakie słyszy się nad Wełtawą. Być może było to wspomnienie czasów bardzo odległych, epoki przedpiastowskiej, gdy ziemie nad górną Wisłą były we władaniu czeskim? Czeskie wpływy nie ograniczały się do zamierzchłej i nie do końca potwierdzonej wspólnej przeszłości. Nie darmo jedyny sklep, jakim mogła się poszczycić ulica Senatorska na początku stulecia miał na szyldzie napisane "Kamila Zlamal". Poczciwa pani kupcowa z Półwsia z pewnością już niewielką wagę przywiązywała do pochodzenia przodka, który przybył nad Wisłę gdzieś z ziem korony św. Wacława. Najlepszym tego dowodem, dowodem niepodważalnym, bo za austro-węgierskich czasów wszelkie statystyki i spisy ludności robiono bardzo solidnie, jest fakt, że prawie 99 procent mieszkańców Półwsia i Zwierzyńca deklarowało język polski jako język domowy. Tylko czterdzieści sześć osób oświadczyło, że w domu mówi po niemiecku. Warto pamiętać, iż w obu gminach było wówczas 285 starozakonnych. W większości musieli więc zwierzynieccy Izraelici deklarować się jako polskojęzyczni. To optowanie za polszczyzną brało się też i stąd, że austriacka biurokracja nie uważała jidysz za osobny język. Nie można było więc zadeklarować jako języka domowego mowy rozbrzmiewającej w składzie mąki i kaszy pana Zimmetbauma, mieszczącym się na rogu Kościuszki i Jaskółczej. Postawieni przed dylematem zwierzynieccy starozakonni z reguły wybierali język polski.
Przełom stulecia był bardzo istotnym momentem w dziejach Zwierzyńca i Półwsia. Przyspieszone zostały procesy, które doprowadziły do definitywnego zatarcia charakteru wiejskiego tych
gmin, które wkrótce miały się stać dzielnicami Krakowa. Zniknęły definitywnie małe domki oplecione winem i wiejskie chaty. Ale przede wszystkim zmienił się sposób życia zamieszkujących
je ludzi. Dawno już wprawdzie zarzucono na Zwierzyńcu tradycyjny strój krakowski. Wiadomo przecież, że mieszkańcy przedmieść, nawet wtedy, gdy parali się rolnictwem, niezbyt chętnie godzili się na to, aby
stawiano ich w jednym rzędzie z "prawdziwymi" włościanami z Mnikowa, Liszek, czy też, nie daj Boże, ze Śmierdzącej, później wstydliwie Kryspinowem nazwanej. Sukmana, czapka krakuska, stały się już rzadko stosowanym rekwizytem. Można
jeszcze było tak ubrać małego chłopca, który recytował wierszyk na powitanie przybyłego na Zwierzyniec dostojnika, ale żaden czeladnik murarski nie ubrałby się w taki strój za żadne skarby.
W podmiejskiej modzie walczyły ze sobą dwie tendencje, z jednej strony chciano się upodobnić do mieszkańców Śródmieścia, zamożniejszych i lepiej zorientowanych w paryskich oraz
wiedeńskich nowinkach. Z drugiej starano się podkreślić swoją odrębność. Kapelusz noszony na bakier, koniecznie miękki i z głęboko wgiętą główką odróżniał zwierzynieckiego andrusa od mieszkańca śródmieścia
.
Tak ubrany mógł młody mieszkaniec Zwierzyńca lub Półwsia udać się do miasta. Mógł też inaczej wykorzystać wolne chwile. Wabiła kawiarnia pani Julii Juchowej.
Do pani Juchowej zachadzali nie tylko spacerowicze, udający się na Kopiec. Chętnie bywał tam ludek zwierzyniecki. Owe wszystkie Antki i Kantki, chętnie wtrącające w rozmowie to tak charakterystyczne
"idze-idze" lub jeszcze bardziej dosadne i wymagające natychmiastowej reakcji "idze-idze bajoku!". W wiele lat później jeden z krakowskich poetów napisał słowa: "tu goście z miasta szukają palmy, tu
egzotyczny jest im Czesiek Czarny, tu im się wszystko zdaje, jakby zamorskie jakieś kraje..." Tak było nie tylko w czasach Cześka Zająca, mylonego przez nie znających zwierzynieckich realiów
czytelników poezji z innym Czesławem, mającym swoją siedzibę przy ulicy świętego Tomasza. |