|
Edek zapuszczał się do miasta. Postacią wyłącznie zwierzyniecką był dziadek Pudełko, stary pastuch z Błoń. Już samo, że był ostatnim
człowiekiem w Krakowie, a może nawet w całej byłej monarchii austro-węgierskiej, noszącym prawdziwe, wypisz-wymaluj jak Najjaśniejszy Pan, bokobrody. Z nieodstępnym parasolem, był ten ostatni zwierzyniecki
pastuch postacią z innej epoki, w jakiś niezrozumiały sposób przeniesioną w drugą połowę XX stulecia. Chyba nawet sam zdawał sobie sprawę z tego, bo chętnie opowiadał o dawnych czasach, jakby chciał młodszym
od siebie przekazać to wszystko, co zapamiętał ze swojego długiego życia. Były to opowieści dziwne. Czasem dziadek rozwodził się nad pięknem i użytecznością Błoń. Rzecz ciekawa, że w przeciwieństwie do
ówczesnych urbanistów, którym marzyło się często zagospodarowanie, czyli zniszczenie tego reliktu minionej epoki, był zdecydowanym obrońcą zwierzynieckiego pastwiska. Lubił też dziadek Pudełko wspominać
mityczne czasy Franciszka Józefa. Epoka ta jawiła się w jego opowieściach jako czasy niezwykle barwne, wręcz czarowne. Wśród innych historii dziadkowych była też i taka, jak to o mało co nie ożenił się z
najprawdziwszą hrabianką. Dziadek miał swoje Błonia. Okolice pętli na Salwatorze były terenem działania niewysokiego mężczyzny zwanego Jasiem. Jasio stał najchętniej przy budce z piwem.
Lubił z kuflem w ręce wygłaszać długie tyrady. Mówił głośno i z wielką ekspresją. Był tak znaną postacią, że nawet księża katecheci posługiwali się nim jako świetnym przykładem zgubnych skutków nadużywania
napojów wyskokowych. Był bowiem kiedyś Jasio wziętym krawcem. Niestety, nałóg odebrał jego nożycom i igle mistrzowską pewność. Zniknęła gdzieś pracownia i maszyna, została tylko budka i kufel, niesiony
drżącą ręką do ust. Jasio wygłaszał swoje tyrady w poczuciu doniosłości swojej misji. Mimo materialnego upadku ciągle czuł się kimś obdarzonym szczególnym zadaniem, choć zadanie to nie polegało już na
mistrzowskim krojeniu materiałów. W roku 1968, gdy wojska pięciu krajów socjalistycznych udzieliły bratniej pomocy Czechosłowacji, Jasio się upił. Nie było w tym nic niezwykłego,
zdarzało mu się to przecież dość często. Jednak tym razem upił się prawdziwie tragicznie. Szedł chwiejnym krokiem przez rozświetlone sierpniowym słońcem ulice i w niewymownej rozpaczy krzyczał: "W pięciu na
jednego! Wstyd na całą Europę!" Taki był Jasio, pijaczek z pętli salwatorskiej. Tacy byli, są i będą ludzie ze Zwierzyńca. Oni nie zapomnieli o skazanym na zapomnienie honorze, honorze, który kiedyś kazał
wyciągać z kieszeni sprężynowy nóż lub - jak w przypadku Jasia - protestować przeciwko wszechobecnemu zakłamaniu i obłudzie.
Michał Kozioł |