Początek
Boy - 1
Boy - 2
Boy - 1

TADEUSZ ŻELEŃSKI (BOY)

Boziewicz

    (Pisma, t. XVI: Felietony, PIW 1958, s. 340-346. Pierwodruk: `Kurier Poranny` 1928, nr 323)

Nazwisko to, którego przed tygodniem można było spokojnie nie znać, obecnie wysunęło się na czoło naszego życia publicznego. Z chwilą gdy `miarodajne usta` ogłosiły kodeks Boziewicza jako `oficjalnie uznany`, równa się to ogłoszeniu stanu wyjątkowego, niemal sądów doraźnych. Ponad kodeksem zwykłym mamy kodeks Boziewicza, przekreślający wszystko. Bo gdzie tam zwykłej kodeksinie równać się z tym nadkodeksem! Jak leniwym i chwiejnym instrumentem jest prawo, ile tu instancji, apelacji, kasacji, ile potrzeba nauki, doświadczenia do jego wykładu. Tutaj - nic z tego wszystkiego: mała książeczka, dwóch honorowych ludzi i rozstrzyga się w najkrótszej drodze wszystko. Z Boziewiczem w ręku można wystrzelać pół świata, można przeciąć mieczem, wszystkie zawiłości polityczne. Z tą chwilą Boziewicz musi nas interesować, każdy obywatel powinien się z nim zapoznać.

Kupuję tedy co żywo kodeks Boziewicza. Zaglądam do przedmowy. Kodeks ten - mówi autor - był pisany dorywczo... reguły jego mogły być dobrze interpretowane jedynie przez ludzi już obznajomionych z zasadami honorowymi... Mimo widocznych dla autora braków rozszedł się w kilku wydaniach... Obecnie autor przerobił go na nowo.

Czy jego intencja, aby dać podręcznik wystarczający do załatwienia każdej sprawy, osiągnie zamierzony cel, pokaże przyszłość... Wdzięczny będzie osobom, które mu zwrócą uwagę na ewentualne braki, gdyż z doświadczenia wie, jak przykre następstwa powstają z błędów i braków kodeksów...

Widzimy, jak nieśmiało sam p. Boziewicz odnosi się do swego dzieła. Widocznie żadnych braków nie dostrzegli w nim ci, którzy ogłosili je za `oficjalnie uznane`, i to nawet dla osób, które go nigdy ani oficjalnie, ani nieoficjalnie nie przyjęły. Tak więc, jak rzeczy stoją, przyczyniać się do naprawy kodeksu Boziewicza znaczy pracować bezpośrednio nad naprawą Rzeczypospolitej; idąc tedy za wezwaniem autora, pozwolę sobie wskazać kilka braków. Z góry oświadczam, że uchylam się od odpowiedzialności honorowej za tę krytykę, a to na zasadzie § 44 [w tym wydaniu art. 37] Boziewicza, głoszącego, że `krytyki i sądy odnoszące się do naukowej, literackiej lub w ogóle fachowej umiejętności i działalności nie mogą być powodem do zadośćuczynienia honorowego, o ile wypowiedziane zostały rzeczowo, bez zniewag osobistych`.

Ale nie wiem, czy mnie to uchroni od sekundantów autora! Bo oto komentarz do § l [w tym wydaniu art. 14] głosi, że

,,...należy uważać za obrazę każde najdrobniejsze zadraśnięcie miłości własnej obrażonego, słowem to wszystko, co on jako zniewagę uważa, nawet wówczas, gdy osoba druga, będąca na miejscu obniżonego, nie czuła się obrażona...`

Zaczynam być niespokojny, boć ten paragraf zdaje kwestię obrazy w zupełności na widzimisię danej jednostki;

zarazem dziwię się temu punktowi, który przekreśla wszystkie inne definicje obrazy, bodaj tę, którą czytam tuż potem w § 2:

`Obrazę tedy powoduje każde oświadczenie, zachowanie się, względnie działanie, które może zaszkodzić dobremu imieniu danej osoby lub poniżyć ją w opinii ogółu`.

Jestem coraz bardziej zdumiony; te dwa paragrafy najzupełniej przeczą sobie: jeden stawia definicję obrazy jako rzecz zupełnie subiektywną, drugi określa ją ściśle obiektywnie; wedle pierwszego obrazą może być wszystko, wedle drugiego tylko rzecz poważna; najbardziej jednak dziwi mnie, że te dwa przeczące sobie paragrafy autor łączy słówkiem `tedy`, tak jak by jeden z drugiego wynikał! Budzi to we mnie wątpliwości, czy w ogóle autor zdaje sobie sprawę z wartości słów i z istoty ścisłego sformułowania myśli, które musi być zasadą każdego kodeksu.

Jakoż ten skromny przypisek do § l przekreśla właściwie wszystkie dalsze paragrafy: jakąż bowiem może mieć wartość np. § 40, orzekający wyraźnie, że

`Posłów i senatorów nie można pociągnąć do odpowiedzialności honorowej za ich mowy, o ile w tychże nie mieściły się osobiste obrazy...`,

skoro samo pojęcie obrazy poddano kryterium osobistego poglądu?

Ale idźmy dalej. Przechodzimy do ważnego określenia, kto jest człowiekiem honorowym.

§ 30. [w tym wydaniu art. 3] `...osoby mające ukończone szkoły średnie w zasadzie muszą być uważane za honorowe.

§ 32. Również muszą być uważane za honorowe osoby, które dzięki swej inteligencji, mimo braku wykształcenia średniego, w rzeczywistości dorównują poziomowi umysłowemu człowieka posiadającego średnie wykształcenie... Nie można tedy odmówić zadośćuczynienia honorowego np. mechanikowi, który skutkiem swego wynalazku dał świadectwo swej umysłowości etc.`

Zwracam uwagę na sformułowanie tego paragrafu!

Zatem mechanik, który rzetelnie pracuje, ale nie dokonał wynalazku, nie jest człowiekiem `honorowym`. Teraz pytanie, kto będzie oceniał ten ,,wynalazek` i orzekał, czy jest na tyle doniosły, aby dać mechanikowi godność człowieka honorowego? Ileż tu nieoczekiwanych zadań spada na sekundantów!

§ 33. ,,Dzięki wybitnemu stanowisku społecznemu muszą być w zasadzie uważane za honorowe osoby nie posiadające nawet wymogów z § 30 i 32; np. przemysłowiec, który uzyskał godność prezesa Izby Handlowo-Przemysłowej`.

Wyłania się nieuchronnie kwestia: czy wiceprezes Izby Handlowo-Przemysłowej  jest honorowy?  A sekretarz? A przemysłowiec, który nie piastuje tej godności, czy nie może sobie rościć żadnych pretensji do honoru?

Następuje § 34. Słuchajcie!

`Jako zabytek rycerskości średnich wieków, wszyscy autorowie kodeksów honorowych przyznają prawo do dawania i żądania zadośćuczynienia honorowego osobom stanu szlacheckiego bez względu na wymogi z § 30, 32 i 33`.

Ten paragraf sformułowany jest nieco wstydliwie: `zabytek rycerskości... wszyscy autorowie...` P. Boziewicz niby nie orzeka tu od siebie, jednak nie przeczy ani słowem tym pojęciom i wciela je jako paragraf do swego kodeksu. Tu już zaczynamy się grubo dziwić: żyliśmy w złudzeniach, że jesteśmy państwem demokratycznym i że się cieszymy równością praw obywatelskich, tymczasem widzimy, że mechanik musi aż dokonać wynalazku, a przemysłowiec zostać prezesem Izby, aby się zrównać w prawach honoru ze szlacheckim synkiem, który dwóch klas nie skończył? Tak orzeka kodeks honorowy, o którym podano do wiadomości, że jest `oficjalnie przyjęty`. Czy to nie jest podważaniem samych podstaw naszego ustroju w duchu junkiersko-szlacheckim?

W dodatku, wedle § 11, ów szlachcic-analfabeta jest dobrze obwarowany: p. Boziewicz zwalnia go od wszelkiego cenzusu naukowego, ale zarzut `nieuctwa` mieści pomiędzy obrazy ciężkie.

Uniesiony zapałem kodyfikowania honorowo całego świata, p. Boziewicz bierze się z kolei do duchownych. Zwalnia zakonników od obowiązków honorowych, mimo że przyznaje, iż `muszą być w zasadzie uważani za ludzi honorowych`, natomiast księża świeccy

`...mogą, aczkolwiek nie muszą, żądać zadośćuczynienia honorowego w razie zaistnienia obrazy, albowiem żądanie takie nie może być w żadnym wypadku równoznaczne z dążeniem do uzyskania zadośćuczynienia z bronią w ręku. W pierwszej bowiem linii zastępcy honorowi stron obu muszą dążyć do załatwienia sprawy w sposób odpowiedni do warunków i okoliczności, a zatem w danym wypadku bezwzględnie starać się nie dopuścić do starcia orężnego`.

Znów podziwiam ścisłość terminów naszego kodyfikatora: `Bezwzględnie starać się... `jedno określenie wyklucza drugie. `Starać się` mieści w sobie `domniemanie`, że staranie może się nie udać, a wówczas co? Ksiądz albo musi stanąć na placu, albo mu wyrżną jednostronny protokół? Charakterystycznym rysem `ekspansji panhonorowej` jest, że w pierwszym wydaniu1 tego kodeksu (1919) autor zwolnił wszelkie osoby duchowne od `świeckich obowiązków honoru`, w roku 1927, po dojrzałym snadź namyśle, podciągnął pod nie wszystkich księży niezakonników. Obawiam się, że trudy autora w tej mierze pozostaną daremne i że księdzu zawsze zostanie odwołanie od Boziewicza do samego Bozi.

I tu jest słabizna tego terroru kodeksowego. Jest on możliwy co najwyżej w jakichś korporacjach czy klubach towarzyskich, gdzie wszyscy milcząco godzą się na pewne dane i gdzie rzecz rozgrywa się w jednym świecie pojęć. Tam może obowiązywać sobie taki czy inny Boziewicz. Bo tego rodzaju kodeksów było i jest dużo i było zawsze prywatną sprawą sekundantów lub korporacji, który z nich sobie upodobają. Nie jestem fanatykiem antypojedynkowym, toż samo rozumiem potrzebę kodyfikacji tych rzeczy oraz jej trudności (w ogóle definiowania ludzi `honorowych`, czyli zdolnych do dania `satysfakcji`, wedle zawodów, stopnia wykształcenia etc. lepiej jest unikać, bo takie podziały zawsze będą śmieszne i niewystarczające; to są rzeczy nadające się wyłącznie do traktowania indywidualnego), nie o sam też kodeks Boziewicza mi chodzi, mimo że jest może gorszy od innych. Jest on mieszaniną przeżytków szlachetczyzny z galicyjskim, a przestarzałym kultem `matury` jako linii demarkacyjnej między ludźmi. Już po nim powstał kodeks Zamoyskiego i Krzemieniewskiego, wedle których `kodeks Boziewicza nie odpowiada wymogom` (wszystkie te kodeksy pisane są bardzo lichym językiem, wszędzie `wymogi`, `zaistnienie` etc.). Ostatecznie może ktoś sobie postawić Boziewicza choćby na ołtarzyku i modlić się do niego co dzień; ale uznawać oficjalnie, i to przez niebylejakie usta, ton zbiorek chaotycznych i wątpliwych paragrafów, zostawiających miejsce dowolnym interpretacjom, za najwyższy regulator naszego życia publicznego - jest dziwnym i niebezpiecznym nieporozumieniem. I ta rzecz wymaga wyjaśnienia; sam w sobie, kodeks Boziewicza pozostałby dla większości obywateli jedynie miłą lekturą w rodzaju Zwyczajów towarzyskich Sarneckiego.

1) Toż samo pierwsze wydanie odsądza od praw honoru homoseksualistów, następne zachowuje co do tego punktu dyskretne milczenie.