Piotr Boroń
Aktualności Życiorys Kronika Przewodniczącego Prace Galeria Kontakt
Adam Stefan Sapieha 1867-1951
książę, kardynał, metropolita krakowski

MOTTO: Pozostanie wśród nas duchem swych czynów, bo te czyny żyją i wywołują go przed oblicze stęsknionego narodu, który łaknie wspaniałych wzorów życia, który w każdym wieku musi mieć swych wielkich mężów, obrazy godnego życia...” Stefan kard. Wyszyński, 1951

WSTĘP

Ludzie potrzebują autorytetów. Potrzebują wzorów. Na przykład Kościół katolicki pokazuje świętych między innymi po to, by ułatwiać naśladowanie dobrych postaw.

Aleja pomników wybitnych Polaków w Parku dra Henryka Jordana (którą tak pieczołowicie tworzy Kazimierz Cholewa) ma podobny cel: pokazać tych, którzy swoim życiem nie tylko w sposób szczególny wsparli naszą Ojczyznę, ale również, aby dać wzorce do naśladowania nowym pokoleniom.

W roku 2001 odsłonięty zostaje kolejny pomnik w rzędzie najwybitniejszych synów Polski. Publikacja niniejsza jest uzupełnieniem tego aktu. Jej intencją jest przybliżenie postaci księcia Adama Stefana kardynała Sapiehy metropolity krakowskiego z uwypukleniem tych faktów z jego życia i jego cech osobowych, które dają mu miejsce obok takich bohaterów jak Jan Paweł II czy Stefan kardynał Wyszyński.

Wielu ludzi jeszcze pamięta z osobistych spotkań kardynała Sapiehę, napisano o nim wiele i wydaje się, że raczej problem może sprawić wybór przykładów na jego wielkość niż ich niedobór.

Do fundamentalnych źródeł i opracowań należą:
- Teki Sapieżyńskie (w liczbie 38 w Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie) tu skrót TS;
- Księgi Sapieżyńskie (pod red. ks. J. Wolnego dwa tomy pracy zbiorowej ze znakomitą bibliografią: Tom pierwszy. Archidiecezja krakowska za pasterzowania A. S. Sapiehy, Tom drugi. Działalność kościelna i narodowa Adama Stefana Sapiehy) tu skrót KS;
- Dwadzieścia pięć lat pasterzowania Księcia Metropolity A. S. Sapiehy. Jubileuszowa księga pamiątkowa, Kraków 1937;
- F. Machay, Pasterz diecezji krakowskiej, Kraków 1937;
- E. Godlewski, działalność ks. metropolity Adama Stefana Sapiehy w okresie wielkiej wojny, Kraków 1937;
- J. Wolny, Sapieha Adam, PSB, T. 24, 1992-3;
- J. Czajowski, Kardynał Sapieha, Wrocław 1997;
- Kardynał A. S. Sapieha. Środowisko rodzinne, życie i dzieło, red. S. Stepień, Przemyśl 1995;
- Dużą pomocą w poznaniu bohatera tej publikacji mogą być także artykuły w „Tygodniku Powszechnym”: J. Dąbrowskiego (41/1945), A. Vetulaniego (7/1951, 41/1971), ks. M. Fąki (12/1976) i „Tygodniku Warszawskim”: A. Vetulaniego (7/1946).

Z inspiracji Jana Pawła II w 2001 roku nakręcony został przez Tadeusza Szymę i ks. Andrzeja Baczyńskiego bardzo wartościowy film dokumentalny o Księciu Niezłomnym, a przez red. Mieczysłąwa B. Vogta inny cenny film „Książę Metropolita...”.

Na polu literatury popularnej nie dość jednak biografii, które by mogły przybliżać jego postać. Publikacja owa adresowana jest zatem do tych, którzy nie zagłębią się w dokumenty i szczegółowe rozprawy, ale zechcą w krótkim czasie dowiedzieć się, dlaczego starsi ludzie przed pomnikiem kardynała Sapiehy w Katedrze wawelskiej, przy bazylice OO. Franciszkanów czy w Parku Jordana ze wzruszeniem i czcią patrzą w jego oblicze.

Pragnę serdecznie podziękować wszystkim, którzy poprzez pomoc i radę dopomogli w powstaniu tej publikacji, a szczególnie Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie, Archiwum Prowincji Południowej Towarzystwa Jezusowego, pani Marii Osterwie-Czekajowej, ks. infułatowi Jerzemu Bryle, ks. prałatowi Andrzejowi Sapecie, Bolesławowi Kosiorowi, Leopoldowi Zgodzie, Tadeuszowi Szymie i Piotrowi Tumidajskiemu za pomoc i cenne a życzliwe uwagi, niemniej wreszcie Komitetowi Obywatelskiemu Miasta Krakowa, który pozwolił mi dołożyć cegiełkę do dzieła upamiętnienia kardynała Sapiehy.

KSIĄŻĘ NIEZŁOMNY

Sapiehowie herbu „Lis” zapisali się w historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony Królestwa Polskiego jako jeden z najwspanialszych rodów, z którego wyszło wielu senatorów i hetmanów, a który słynął ze swej potegi. Skoligacony z najświetniejszymi rodami, był szczególnie bliski Czartoryskim, Zamoyskim i Sanguszkom.

Otaczały Sapiehów legendy. Któż jak nie oni odważyli się porwać z Rzymu wizerunek Matki Boskiej, by stworzyć sanktuarium kodeńskie, do którego nawet papież, początkowo wzburzony występkiem, w końcu się przekonał... Któż jak nie oni zabłysnęli postawą wierności Koronie w dobie Potopu, gdy Janusz Radziwiłł przeszedł na stronę szwedzką...

Patriotyczna postawa dziadka kardynała Sapiehy księcia Leona Sapiehy w latach Powstania Listopadowego spowodowała utratę łask Mikołaja I i konfiskatę licznych majątków na rzecz caratu. Za wstawiennictwem książąt Czartoryskich u kanclerza Klemensa Metternicha Leon Sapieha otrzymał cesarską przychylność w Wiedniu i mógł, przeniósłszy się do austriackiej Galicji, nabyć dobra ziemskie od Kazimierza Zamoyskiego. W roku 1836 książę Leon Sapieha sprowadził się ze swą rodziną do Krasiczyna, do pięknego renesansowo-manierystycznego zamku, nabywszy równocześnie okoliczne dobra ziemskie.

Adam Stefan Sapieha urodził się 14 V 1867 roku w Krasiczynie jako piąty, najmłodszy syn księcia Adama Stanisława i Jadwigi z Sanguszków. Miał jeszcze dwie starsze siostry. Książę Leon czuwał w dużej mierze nad wychowaniem wnuków w duchu patriotycznym. Adam Stanisław zaangażowany był żywo w politykę. Ze względu na zapatrywania, zwany był nawet „Czerwonym Księciem”. Miał opinię dumnego pana, ale dumę okazywał na iście sapieżyński sposób: bardziej wobec konkurujących z Sapiehami rodów niźli niższych od swojego stanów. Żyli dostatnio, a gniazdo krasiczyńskie słynęło z polskiej atmosfery. Nie kojarzono zamku z balami, ale raczej z solidnym zarządzaniem majątkami. Życie rodzinne było kultywowane. Politycznie stano tu na gruncie Konstytucji 3-go Maja. Żywe były wspomnienia walk o niepodległość, w których uczestniczyli przedstawiciele wszystkich pokoleń sapieżyńskich: Adam Stanisław (ojciec) w Powstaniu Styczniowym aresztowany przez Austriaków, zbiegł z więzienia lwowskiego, Leon (dziad) ranny w Powstaniu Listopadowym, otrzymał Krzyż Virtuti Militari, Aleksander (pradziad) jako szambelan Napoleona I udzielił Wielkiej Armii nieocenionych informacji o wojskach rosyjskich, Adam Stefan (prapradziad) brał udział w Konfederacji Barskiej)...

Czternastoletni Adam Stefan Sapieha, po odebraniu solidnych podstaw wiedzy o świecie w domu rodzinnym, pojechał do Lwowa, gdzie, zamieszkawszy w rodzinnym pałacu przy ul. Kopernika, uczęszczał do IV Wyższego Gimnazjum. Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości udał się do Wiednia na studia, które, przerwawszy po pierwszym roku, kontynuował na Uniwersytecie Jagiellońskim (Wydział Historyczno-Prawny), by znów na rok trzeci i czwarty powrócić do Wiednia.

Decyzję o wstąpieniu do stanu duchownego podjął na przełomie 1889/90 podczas studiów w Instytucie Katolickim w Lille. Mówiono o jego chęci zostania benedyktynem. Studia teologiczne rozpoczął w Innsbrucku w 1890 roku na uniwersytecie cieszącym się wówczas wielką sławą dzięki takim postaciom jak Ludwig Pastor – autor fundamentalnego dzieła „Geschichte der Papste”, Joseph Biederlack czy Anton Straub i Hieronymus Noldin, do których uczęszczał na seminaria. W 1893 roku otrzymał diakonat z rąk biskupa Jana Puzyny.

Po otrzymaniu w 1894 roku święceń kapłańskich zgłosił się po przydział czynności duszpasterskich do ordynariusza Archidiecezji Lwowskiej Seweryna Morawskiego, a ten skierował go na prowincjonalną parafię w Jazłowcu. Pięciotysięczna miejscowość nie była środowiskiem, gdzie człowiek książęcych manier, znający doskonale kilka języków i będący dziedzicem magnackiej fortuny mógłby rozwinąć skrzydła, a jednak umiał się dostosować do prymitywnych warunków i pozyskał sobie parafian skromnością i ofiarną pomocą w trudnym czasie epidemii cholery w 1895 roku. Nazywany był tam życzliwie „Naszym Książątkiem”. Jesienią został zwolniony z Jazłowca i skierowany na studia do Rzymu.

Z naukowym tytułem doktora powrócił do Lwowa w 1897 roku i został wicerektorem Wyższego Archidiecezjalnego Seminarium Duchownego we Lwowie. Zaangażowany jako egzaminator prosynodalny i sekretarz sądu diecezjalnego otrzymał też godność kanonika Kapituły Lwowskiej. W roku 1902 odbył kilkumiesięczny pobyt w Stanach Zjednoczonych. Powróciwszy do Lwowa skierowany został do pracy jako wikariusz w parafii św. Mikołaja.

W 1906 roku został powołany przez papieża Piusa X do pełnienia funkcji cameriere segreto partecipante, czyli stał się członkiem tzw. rodziny papieskiej. Młody, rozważny, sumienny, gotowy do pomocy w każdej chwili (na jedno z wezwań przybiegł nawet za szybko, ze śladami od mydlanej piany po goleniu na policzku, co mu koledzy z prywatnego papieskiego sekretariatu wytykali jeszcze długo), zyskał ogromne zaufanie papieskie i – choć tego nie obrazował wyższy tytuł duchowny – miał wpływ na wiele spraw w polityce papieskiej. Potrafił rozjaśnić papieżowi wiele zagmatwanych tematów polskich...

CRUX MIHI FOEDERIS ARCUS

Jako biskup Sapieha przyjął dewizę „Krzyż jest dla mnie znakiem przymierza”. Rankiem 17 XII 1911 roku w Kaplicy Sykstyńskiej Pius X skierował do licznie zgromadzonych delegacji władz i różnych stanów społeczeństwa Galicji znamienne słowa: „Biskup wasz będzie bardzo, bardzo dobry!” Odnosiły się one do osoby Adama Stefana Sapiehy, który po śmierci księcia Jana kardynała Puzyny został powołany na stolicę krakowską. Tak życzliwa rekomendacja papieska wynikała niewątpliwie z bardzo przyjacielskich stosunków pomiędzy Biskupem Rzymu a jego Cameriere Partecipante, ale była też poparciem, jakiego potrzeba było nowemu Biskupowi Krakowa w sytuacji, gdy różne koła wysuwały inne kandydatury na Stolicę św. Stanisława. Najczęściej powtarzały się nazwiska biskupa sufragana krakowskiego Anatola Nowaka, biskupa sufragana lwowskiego Władysława Bandurskiego oraz Adama Potulickiego z Ołomuńca. Kandydatura Sapiehy zaistniała także w kołach duchowieństwa, ale podobno przeważyła inicjatywa, która wyszła formalnie od namiestnika Galicji Michała Bobrzyńskiego (jak on sam podkreślał, po konsultacjach z nominatem). Namiestnik jako konserwatysta nie bez oporów wysuwał kandydaturę Sapiehy, gdyż kojarzył słusznie, iż jego ojciec Adam Stanisław nie był życzliwie do krakowskich „Stańczyków” nastawiony. Cesarz Franciszek Józef zaakceptował wniosek.

Uroczysty wjazd Adama Stefana księcia Sapiehy do Stolicy św. Stanisława miał miejsce 1 marca 1912 roku, zaś 3 marca odbył się ingres do Katedry wawelskiej. Wiwatom i hołdom nie było końca, ale przecież nowy biskup krakowski musiał dostrzec swym bystrym umysłem przeciwności, jakie piętrzyły się przed nim, a i nie brakowało ludzi mu niechętnych, których zachowania trzymane były na wodzy jedynie poprzez wymagania etykiety. Po latach wspominał (TS XXXVI/5), że „nie byłem sympatycznie przyjęty w Krakowie, jednak obawiano się otwarciej występować...”

Nie był im winien Sapieha, ale raczej kontekst polityczny Polskiego Piemontu, zaszłości w kontaktach duchowieństwa z lewicującą częścią Krakowian oraz obawy przed „zbuntowanym arystokratą”.

Wśród licznych przeciwności zaczynał swoje rządy w Krakowie i stwarzał pozory lekceważenia opinii publicznej. Dopiero po dłuższej próbie zaczęto doceniać jego ostrożność w kontaktach z nieznanymi sobie ludźmi. Społeczeństwo musiało zrozumieć zalety swego Pasterza...

I wojna światowa była tyleż nieszczęściem dla Europy co nadzieją dla Polaków, że w powszechnym rozkładzie postanowień kongresu wiedeńskiego zdołamy wybić się na niepodległość, a świat przekreśli decyzje rozbiorów Rzeczpospolitej. Gdy politycy, spiskowcy i ochotnicy kalkulowali, jak odnieść się do zmiennej koniunktury, biskup Sapieha podjął pracę duszpasterza i filantropa z rzadko spotykaną mocą. Objeżdżał parafie, które ucierpiały od działań frontowych. Zorganizował Książęco-Biskupi Komitet Pomocy dla Dotkniętych Klęską Wojny. Przeznaczył (otrzymaną w Polskiej Akademii Umiejętności w 1915 roku) pieniężną nagrodę Jerzmanowskich na cele charytatywne, dziękujący w swej skromności tymi słowy:

„Jestem pierwszym, który otrzymuje z rąk Akademii tę nagrodę i życzę, by po mnie odznaczeni byli godniejsi, więcej zasłużeni, którzy by wedle obowiązującego statutu skutki przynieśli Kochanej Ojczyźnie naszej, chwałę jaśniejącej wspaniałymi dziełami miłości i wielkiego miłosierdzia.” (TS XXXVIII/3)

Współpracując m. in. z Henrykiem Sienkiewiczem i Ignacym Janem Paderewskim, pozyskiwał z zagranicy środki do pomocy ofiarom wojny. Na osobiste zaproszenie Sienkiewicza datowane 27 stycznia 1915 roku w Vevey włączył się w pracę w Komitecie Pomocy dla Ofiar Wojny w Polsce (TS VI/23). Swoją postawą pociągnął także wielu innych do czynów miłosiernych.

Wśród licznych przeciwności mógł liczyć na życzliwość najbliższych sobie duchownych, a wysoko w hierarchii postawionych: arcybiskupa Andrzeja Romana Szeptyckiego oraz arcybiskupa Józefa Teodorowicza, z którymi wiele korespondował.

DWUDZIESTOLECIE MIĘDZYWOJENNE

Nawet jednak w czasie I wojny światowej Sapieha z różnych względów stronił od demonstracji politycznych. Starał się wyraźnie wyważyć swoje reakcje. Niechętnie patrzył na płomienne przemówienia biskupa Bandurskiego na froncie do Legionów Piłsudskiego, choć samego Piłsudskiego przyjmował w Katedrze wawelskiej, odmówił odśpiewania w katedrze „Te Deum laudamus...” dla uświetnienia proklamowania przez państwa centralne kadłubowego Królestwa Polskiego w 1916 roku, ale 11 listopada 1918 roku celebrował nabożeństwo dziękczynne za odzyskanie niepodległości przez Polskę i przy majestatycznym brzmieniu „Zygmunta” zaintonował „Te Deum”. W rok później jeszcze wyraźniej cieszył się ze zjednoczenia polskich wojsk, walczących na różnych frontach, w jedną polską armię. Błogosławił jedność i siłę dla obrony Ojczyzny.

Niebawem, w sprawie polskości Śląska, dał dalsze dowody patriotyzmu, ale dalekie były mu rozgrywki partyjne czy parlamentarne...

Tak było aż do 1922 roku, gdy niespodzianie zaistniał na liście wyborczej Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej. Co skłoniło go do bezpośredniego zaangażowania w politykę, długo byłoby o tym opowiadać, dość jednak stwierdzić, że należał w tych wyborach do zwycięzców i wespół z Wojciechem Korfantym (z tej samej listy) zasiadł w Parlamencie Rzeczpospolitej Polskiej. W tej trudnej kadencji musiał kontynuować swoje wybory polityczne, a czynił to jako metropolita krakowski z jeszcze większą uwagą i bacznie obserwowany przez opinię publiczną.

Polska Partia Socjalistyczna widziała w nim radykalnego przedstawiciela prawicy, co skutkowało w lutym 1923 roku, podczas nabożeństwa za duszę Eligiusza Niewiadomskiego, wybiciem przez bojówki PPS szyb w oknach pałacu biskupiego przy ul. Franciszkańskiej.

W listopadzie 1923 roku doszło do kryzysu politycznego, do demonstracji przeciw centrowo-prawicowym rządom Chjeno-Piasta i zamieszek na ulicach Krakowa. Pierwsi zabici padli po stronie żołnierzy. Metropolita Krakowski osobiście poprowadził kondukt żałobny na cmentarz rakowicki. W tydzień później wydał odezwę, w której akcentował:

„Ulice naszego grodu krwią bratnią zbroczone. Padli nasi dzielni żołnierze, co zastawiali swą piersią Ojczyznę, a padli posłuszni swej władzy aż do śmierci. A czy ci co zabijali, co targnęli się na wojsko nasze, zrobili to z głodu, z rozpaczy? Nie! Uczynili to dlatego, bo ich podburzano, bo byli rozagitowani, bo ich nadużyto dla celów, z których wielu z nich nie zdawało sobie sprawy...” (Cytat wg J. Czajowski, op. cit. s. 66.)

Równocześnie Sapieha wypowiadał się za prawami dla najuboższych grup społecznych i za sprawiedliwym podziałem wytworzonych dóbr. Potępiał rewolucję, ale domagał się sprawiedliwości społecznej, nie licząc tylko i wyłącznie na akcje charytatywne posiadających. Postulował solidaryzm państwowy.

Równie ciężką próbą był dla Sapiehy przewrót majowy 1926 roku. Piłsudski nie cieszył się jego sympatią, dzieliły ich poglądy i sprzeciw budził sposób, w jaki doszedł on do władzy. Z drugiej strony trzeba było opowiedzieć się wobec zwycięstwa Marszałka. Bojkotowanie Sanacji wchodziło w grę, ale Sapieha przedłożył jedność Polski ponad osobiste niechęci a nawet swoje poczucie sprawiedliwości. Był w kontakcie z Piłsudskim i omawiali rzeczowo wiele spraw polskich, podzielając różne poglądy – podobnie jak w czasie I wojny światowej. Świadczą o tym źródła a nie opinia ulicy (TS V/163, TS VII/20).

Z pretorianami Marszałka dialog bywał trudniejszy niż z nim samym. Sapieha rozmysłem unikał konfliktów z niezbyt przez niego lubianym obozem sanacyjnym, ale nie zawsze można ich było uniknąć. Apogeum konfliktu nastąpiło wokół kwestii pochowania Józefa Piłsudskiego na Wawelu.

W maju 1935 roku Sapieha zgodził się oficjalnie na wawelski pogrzeb Marszałka w Krypcie św. Leonarda – jak piszą liczni historycy - dopiero po wizycie Wieniawy-Długoszowskiego w Krakowie. W rzeczywistości Sapieha brał pod uwagę już wcześniej taką decyzję, sumiennie ważąc zasługi i wady Piłsudskiego. Sapieha nie ulegał presji, ale to on podjął decyzję po długich rozterkach. Na podstawie następnych wydarzeń można przypuszczać, że nawet ta decyzja nie położyła kresu rozterkom, bowiem już w miesiąc po uroczystym pogrzebie Piłsudskiego Sapieha zwrócił się do najwyższych władz państwowych o kontakt „w sprawie definitywnego złożenia zwłok Marszałka”, wysuwając projekt budowy mauzoleum na placu pomiędzy Katedrą a Zamkiem Królewskim.

Nie lekceważąc stosunku Sapiehy do Piłsudskiego należy obiektywnie stwierdzić, o czym mówił też np. raport ks. Figlewicza (TS XVI/54), że religijny charakter Katedry ucierpiał od licznych odwiedzających szklaną trumnę Marszałka. W samej krypcie atmosfera odbiegała od skupienia godnego świątyni. Panowała tam również wilgoć – niebezpieczna dla zabalsamowanych zwłok Marszałka. Te i inne argumenty wysuwał Metropolita Krakowski i domagał się przeniesienia trumny Piłsudskiego do mającej powstać (co najważniejsze) z wejściem od dziedzińca nowej krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów. Zniecierpliwiony brakiem odpowiedzi zdecydował, że 22 czerwca 1937 roku przeniesienie musi nastąpić. Powiadomił o tym prezydenta Ignacego Mościckiego z czterodniowym wyprzedzeniem.

Po gwałtownej wymianie wielostronnej korespondencji, w której brał udział, zaangażowany w sprawę przez Józefa Becka nuncjusz papieski Filippo Cortesi, oraz po ceremonialnej dymisji premiera Sławoja-Składkowskiego (której Prezydent nie przyjął), Sapieha zrealizował swoje postanowienie. Rankiem 24 czerwca trumna była już w nowej krypcie. I chociaż wielu popierało decyzję Metropolity Krakowskiego to jednak wyłącznie on sam miał ponieść konsekwencje swej decyzji.

Jak Polska długa i szeroka rozpętana została burza wystąpień przeciw Metropolicie Krakowskiemu. Atmosfera ulegała z dnia na dzień zaognieniu. Watykan uznał, że należy problem załagodzić. Nuncjusz papieski w iście salomonowy sposób próbował zachęcić Sapiehę do wysłania poprzez biskupa sufragana Stanisława Rosponda listu z wytłumaczeniem się z decyzji. Prezydent Mościcki nie został jednak usatysfakcjonowany listem, w którym nie było usprawiedliwienia się a jedynie uzasadnienie swoich racji. Pod presją Becka nuncjusz Cortesi odwołał się do woli papieża Piusa XI, by spór zakończyć nawet z uszczerbkiem dla Sapiehy: należało przeprosić Prezydenta. W grę wchodziło poważne zepsucie stosunków z Watykanem. Książę Sapieha z pokorą zastosował się do drogi wskazanej przez Nuncjusza, ale trumna Marszałka pozostała w Krypcie pod Wieżą Srebrnych Dzwonów wg woli Sapiehy – gospodarza Katedry wawelskiej.

Okres dwudziestolecia międzywojennego to dla Kościoła katolickiego w Polsce czas wielkiej pracy, by scalić w jeden organizm, co było przez rozbiory podzielone. Niezależnie od polskiej specyfiki problemów cały Kościół przeżywał transformację, wymuszoną poprzez zmiany w mentalności społeczeństwa. W niebyt odeszły wielowiekowe monarchie, będące podporą Kościoła. Republiki i demokracje wymagały od duchowieństwa nieco innej postawy niż w XIX wieku. Zadziwiające, że dziedzic książęcego rodu Adam Stefan Sapieha umiał nadążać za przemianami naturalniej niż młodsi i pochodzący z nizin społecznych duchowni. Tłumaczą to najlepiej jego poglądy, nie odbiegające od ówczesnych racji, głoszonych w interesie ogółu społeczeństw. Punktem wyjścia do zrozumienia jego poglądów społecznych musi być lektura encykliki Leona XIII „Rerum novarum”, ale trudno zrozumieć Sapiehę do końca bez analizy przynajmniej najważniejszych zjawisk społecznych i przemian społecznych w tej części Europy na przestrzeni od końca XIX wieku po okres stalinowski.

Rozumiał doskonale, że model potrydenckiego duchowieństwa, dostojnego, udzielającego sakramentów, ale stroniącego od przebywania z wiernymi odchodzi w przeszłość... Ale jak wielu miał sprzymierzeńców w przeprowadzeniu reformy zbliżenia kleru z laikatem? Nie sposób na to pytanie odpowiedzieć i prawdopodobnie on sam nie uzależniał swoich działań od poparcia i zrozumienia, ale nie zwlekając dokonał bardzo skutecznego podziału administracyjnego na mniejsze parafie w podległej mu diecezji krakowskiej.

Dążył do tego, by młodzi kapłani „byli gruntownie przygotowani do swych obowiązków przewodników wewnętrznego życia parafian, by pobożnością, prawością i ofiarnością byli dla nich wzorem”. W ogóle wielką opieką otaczał alumnów i księży. Zagadywał ich przy każdej okazji o sprawy rodzinne, bytowe, zdrowie, a przy następnej rozmowie dawał świadectwa znajomości.

Zorganizował w okresie międzywojennym dwa synody diecezjalne (1923 i 1938), które wypracowały wytyczne dla pracy duszpasterskiej.

Dokonywał wielu wizytacji i wytworzył nawet w tym działaniu charakterystyczny styl. (Jego wizytacje poprzedzał przyjazd służącego z łóżkiem polowym i bagażem, zapewniającym zaimprowizowanie kwatery „po domowemu”.) Był blisko ludzi, a ludzie do niego lgnęli. Na wizytacjach otaczały go tłumy odwzajemniających jego życzliwe spojrzenie. Trudno było go sfotografować bez ruchu, bo nawet pozując do zdjęć zagadywał we wszystkie strony. Witany kwiatami, przemowami i recytacjami rzucał bystre spojrzenia na otaczających go, a jego krótkie pytania i spostrzeżenia zapadały głęboko w serca. Był jak siewca, który nie zawsze sam zbiera plony. I może to najwłaściwszy moment, by wspomnieć najwspanialszy owoc jego duszpasterzowania.

Podczas jednej z takich wizytacji w Gimnazjum w Wadowicach 6 maja 1938 roku (A. Boniecki, Kalendarium życia Karola Wojtyły, Kraków 1983), witany był przemową Karola Wojtyły - jeszcze wówczas ucznia. Zmierzywszy go wzrokiem zapytał ks. Zachera, czy to przyszły student teologii. Była w tym nieodparta sugestia. Tak prorocza, że nawet ziściła się mimo ówczesnej odpowiedzi, że NIE! Gdy jednak po maturze i roku studiów na polonistyce Karol Wojtyła zapukał do Krakowskiego Seminarium Duchownego został otoczony opieką, która stanowiła ciągłość od tego pierwszego spotkania aż po ostatnie chwile życia Kardynała Sapiehy. Gdy 8 marca 1964 roku Karol Wojtyła odbywał ingres arcybiskupi do Katedry wawelskie, w znamiennych słowach poświęcił mu uwagę w kazaniu:

„Kiedy dziś znalazłem się przed sarkofagiem św. Stanisława, uświadomiłem sobie, że poniżej tego ołtarza spoczywa mój... ...boję się wymówić... Poprzednik. Boję się wymówić dlatego, że wszyscy w Polsce wiedzą, co znaczy to nazwisko i imię, a przed chwilą słyszeliśmy, że Ojciec Święty mnie wskazał jako jego następcę: Adam Stefan kardynał Sapieha. W 1946 roku, 1 listopada włożył na mnie ręce i wyświęcił mnie na kapłana: zrodził mnie dla kapłaństwa.” (Cyt. wg J. Szczypka, Droga do Rzymu, Warszawa 1982, str. 79)

Nie została doprowadzona przed wojną do szczęśliwego finału kanonizacją królowej Jadwigi, ale z różnych źródeł wynika, jak abp Sapieha czcił jej postać i ile starań poświęcił dla przygotowania gruntu pod przyszłą kanonizację, której dokonać miał Jan Paweł II.

Popierał powstawanie zrzeszeń katolickich z Akcją Katolicką na czele. To on inspirował i wspierał na bieżąco budowę gmachu Akcji Katolickiej na rogu ul. Zwierzynieckiej i Straszewskiego, zajmowanego krótko podczas wojny przez alumnów Krakowskiego Seminarium Duchownego, a po wojnie przez Filharmonię.

Wspomagał budowy ponad stu domów parafialnych, które do dzisiaj są przykładem lepszej architektury w małych miastach.

Rozumiał potrzebę szczególnie wytężonej pracy z młodzieżą, a w tym rozwiązywanie problemów bytowych (np. stancji studenckich w Mieście Akademickim). Animował życie studenckie poprzez zaangażowanie w „Bratniaku” licznych kleryków. Inspirował chrześcijańskie związki zawodowe.

W dwudziestoleciu międzywojennym Kościół katolicki w odrodzonej Polsce musiał rozwiązać problem nowego podziału administracyjnego. Wpłynęły na to tak zmiany polityczne jak i demograficzne. Biskup krakowski Sapieha nie uważał za stosowne, by zmieniać granice jego diecezji ponad nieznaczne korekty. Postulował także pozostanie przy trzech dotychczasowych metropoliach: gnieźnieńsko-poznańskiej, warszawskiej i lwowskiej. W efekcie decyzji Konferencji Episkopatu z 3 lipca 1924 roku ustanowiono nową metropolię: w Krakowie (przy jednym głosie przeciw!). Odtąd zatem miał nosić tytuł i brzemię arcybiskupa.

Początek lat dwudziestych to gorączkowa praca nad treścią konkordatu pomiędzy Rzeczpospolitą a Stolicą Apostolską. Biskup Sapieha był przeciwnikiem podpisywania konkordatu w ogóle, przedkładając ponad takie rozwiązanie konkretne umowy w interesujących obie strony sprawach. Dyplomacja watykańska optowała za konkordatem, opierając się być może na włoskich doświadczeniach historycznych i traktując konkordat jako rozwiązanie standardowe. Postulował zatem biskup Sapieha odstąpienie od pewnych sformułowań. Nie wszystkie zmiany zaszły po jego myśli. Jednak w niektórych postulatach, których słuszność przyznała historia, miał odrębne zdanie od reszty Episkopatu Polski...

Adam Stefan Sapieha w latach 1932-47 był przewodniczącym Komisji Szkolnej Episkopatu Polski. Poświęcał jej wiele uwagi i na wielu sprawach wywarł osobiste piętno, będące wynikiem rzetelnej pracy. Zwracał szczególnie dużą uwagę na włączenie laikatu do pracy duszpasterskiej.

OKUPACJA HITLEROWSKA I STALINIZM

Biskup krakowski to postać bardzo ważna w Episkopacie Polski. Posiadał wielki autorytet w okresie międzywojennym, a w noc okupacji stał się (szczególnie pod nieobecność w kraju prymasa Augusta Hlonda) pierwszą postacią polskiego Kościoła. W jego stronę zwracano ufne spojrzenia, a on tylko nadzwyczajnym zrządzeniem bożym nosił ciężar moralnego przywództwa Narodu na swoich z górą siedemdziesięcioletnich barkach.

Rozwój kwestii abdykacji z metropolii krakowskiej, zapoczątkowanej jego osobistą prośbą w tej sprawie do papieża w 1939 roku to fenomen, którego procedury nie wytłumaczą do końca. Najpierw opóźniła decyzję śmierć Piusa XI, później prolongata sprawy przez Piusa XII, a następnie rozmowy nuncjusza Filippo Cortesiego z zainteresowanym. Wreszcie wojna przypieczętowała pozostanie Sapiehy na swej Stolicy św. Stanisława. Z Krakowa przewodził Episkopatowi polskiemu, którego funkcjonowanie z konferencjami było fenomenem pod okupacją hitlerowską.

14 listopada 1940 roku odbyło się w Krakowie w Pałacu Biskupim sławne posiedzenie najważniejszych biskupów polskich, po którym dopiero okazało się, że Sapieha o żadne pozwolenie hitlerowskiego okupanta nie poprosił. Ba, nawet nie raczył o Konferencji Episkopatu Niemców powiadomić.

Dzięki podobnym przejawom nonszalancji wobec okupacji, traktując rygory wojenne per non est, wizytując najodleglejsze parafie jak gdyby nigdy nic, a równocześnie, co było powszechnie znaną „tajemnicą”, wspomagając wydatnie ruch oporu (Kuria była m. in. ważnym punktem kontaktowym), zyskał sławę niezłomnego metropolity.

Opowiadano o nim legendy. Do takich należała, przekazywana z ust do ust, silniejsza od propagandy „gadzinowej” opowieść o tym, jak to podjął generalnego gubernatora Hansa Franka psującym się, czarnym chlebem i namiastką kawy. Zapytany przez tegoż, co to znaczy, miał odpowiedzieć, że to jest właśnie to, co można zakupić na kartki. To się nie przydarzyło, ale tak dobrze charakteryzowało potęgę autorytetu arcybiskupa Sapiehy, że do dzisiaj funkcjonuje jako „fakt medialny”, w którego fikcyjność opinia publiczna nie chce przestać wierzyć. Nie wydarzyła się taka rozmowa, bo nie doszło nigdy do spotkania arcybiskupa Sapiehy z Hansem Frankiem w pałacu Biskupim przy ul. Franciszkańskiej.

Dla Sapiehy lata okupacji hitlerowskiej to również szczególnego rodzaju osobisty pojedynek z Hansem Frankiem. W 1940 roku Metropolita Krakowski starał się prawdopodobnie dwukrotnie o rozmowę, by wyjednać u Generalnego Gubernatora złagodzenie rygorów okupacji, ale do spotkania nie doszło. W kolejnych latach to Frank z coraz większym zapałem starał się o spotkanie, ale arcybiskup Sapieha, wychodząc ze słusznego założenia, że spotkanie takie może przynieść tylko korzyści propagandowe Niemcom, nie godził się na różnorakie propozycje. Frank chciał ujrzeć Sapiehę na Wawelu szczególnie w dniu uroczyście obchodzonych urodzin Hitlera (20 kwietnia). Metropolita na zaproszenia odpowiadał różnie: jednego roku była to niespodziewana wizytacja jakiejś parafii, innym razem – jak opowiadał ks. Tadeusz Kurowski, kapelan Metropolity – gdy niespodzianie zadzwonił telefon z zaproszeniem od Generalnego Gubernatora na 20 IV, Sapieha, chwyciwszy energicznie słuchawkę, rzucił tylko po niemiecku „Nie przyjdę!” i natychmiast wyłączył telefon, nie dając czasu urzędnikowi hitlerowskiemu na przekonywania.

Z całą pewnością spotkali się na Wawelu 5 kwietnia 1944 roku. Frank przekonywał o konieczności współpracy wobec inwazji sowieckiej. Sapieha poruszał kwestię złagodzenia terroru hitlerowskiego. Nie doszli do porozumienia.

Niemcy czuli respekt wobec księcia Sapiehy. Z pewnością był w tym i jakiś podziw dla księcia krwi i Kościoła. Nawet domagając się dokumentacji konwersji Żydów na katolicyzm, odstępowali od nalegań na oświadczenia księży pracujących w Kurii Metropolitalnej, że księgi są w prywatnym gabinecie Metropolity Krakowskiego. W liście do wysokiego urzędnika hitlerowskiego abp Sapieha napisał 15 XII 1941 r. wprost:

„Neofici niearyjskiego pochodzenia są dla mnie jako i wszyscy inni członkami tego samego Kościoła” (TS XXVI/209).

A tam odbywały się spotkania z wysłannikami Rządu Polskiego na Uchodźstwie, z kurierami z zagranicy (np. przywożącymi listy od Paderewskiego), z przedstawicielami podziemia zbrojnego (gen. Michałem Karaszewiczem-Tokarzewskim, Stefanem Korbońskim, Karolem Popielem)...

W gabinecie przy ul. Franciszkańskiej konsultowano z Sapiehą działalność Obywatelskiego Komitetu Pomocy, którego prezesem został na zebraniu założycielskim 4 września 1939 roku w Pałacu Biskupim. Prezes poświęcił wiele swoich sił i środków na działalnośc Komitetu, który, sięgając do najmniejszych parafii jak naczynia krwionośne, pompował życiodajną krew od serca, wspomagał pokrzywdzonych przez wojnę.

Również pod jego opieką prowadziła działalność na terenie całej Generalnej Guberni tzw. Rada Główna Opiekuńcza, której prezesem był książę Janusz Radziwiłł, a następnie hrabia Adam Ronikier. RGO była tolerowana przez władze okupacyjne, a życzliwi ludzie z całego świata – jakich również znajdujemy w Niemieckim Czerwonym Krzyżu – mogli poprzez legalne jej struktury pomagać chorym, starcom, poszkodowanym na różne sposoby, a nawet aresztowanym przez hitlerowców. Radziwiłł pozostawał w ścisłym kontakcie z Metropolitą Krakowskim, a odpowiedni ludzie składali mu regularnie raporty z działalności RGO. Arcybiskup Sapieha pociągał za nici wielkiej i małej polityki antyhitlerowskiej. Aż trudno uwierzyć, jak wielu spraw dotykał, z iloma problemami przychodzono do niego. Był człowiekiem, który brał na swe barki odpowiedzialność za innych, gdy zagubieni w podejrzeniach, zagmatwani we własne obawy i nadzieje nie potrafili podejmować decyzji. On był punktem odniesienia. Jemu ufano, a stawką było niejednokrotnie życie ludzkie.

W 1943 roku Hans Frank zorganizował na Wawelu dożynki, na które zaprosił hrabiego Ronikiera. Odwiódł go od partycypowania w hitlerowskiej ceremonii Sapieha (list z 23 X 1943 r. TS XXVI/77) . Decydowano w gorączkowych okolicznościach. Ronikier postradał funkcję i przypłacił aresztowaniem, ale zachował honor. Z perspektywy czasu, z wiedzą o Petainach i Quislingach, strach pomyśleć, do jakiej miary kolaboracji narodu polskiego urosłoby uczestnictwo prezesa RGO Ronikiera w dożynkach obok Gubernatora Franka.

Książę Sapieha widział dalej niż inni, dzięki temu reagował, poprzedzając wypadki historyczne, ale również emanował mądrością spojrzenia z innej perspektywy niż ci, którzy się do niego po pomoc uciekali. Traktował okupację jako coś co przeminie. Nawet nie artykułowana przez niego wprost nadzieja upadku hitleryzmu przyciągała ludzi z najdalszych zakątków kraju, którzy szczególniej czerpali siły z udziału w nabożeństwach przez niego celebrowanych. Do takich należała w szczególności Msza św. rezurekcyjna.

Swoją postawą umacniał innych wielkich patriotów jak np. ks. Ferdynanda Machaya czy ks. Stanisława Piwowarczyka.

Nigdy się nie dowiemy, jakich wysiłków dołożył, by w szczególnie trudnej akcji informacyjnej wpływać na spojrzenie Watykanu na sprawę polską, gdy Włochy Mussoliniego pozostawały pierwszym sojusznikiem Hitlera w Europie. Nigdy nie wyważymy, jaki byłby stosunek Watykanu do sprawy polskiej w obliczu rywalizacji hitlerowsko-sowieckiej, gdyby nie dyskretna działalność arcybiskupa Sapiehy. Wyjątkowo przybierała ona oficjalną formę, jak w 1942 roku, gdy w podziękowaniu za życzenia papieskie Sapieha odpisuje Piusowi XII:

„Położenie nasze jest istotnie bardzo tragiczne, pozbawieni prawie wszystkich ludzkich praw, zdani na okrucieństwo ludzi, w większości bez wszelkich ludzkich uczuć, żyjemy ustawicznie w okropnym strachu i niebezpieczeństwie utraty wszystkiego w wypadku wysiedlenia lub deportacji, uwięzienia w tzw. obozie koncentracyjnym, skąd niewielu wraca z życiem. W tych obozach więzi się tysiące i tysiące naszych najlepszych braci, i to bez żadnego wyroku sądowego i bez winy.” (Cyt. za J. Czajowski, op. cit. str. 170.)

Efektem listu Sapiehy było podjęcie prac nad oficjalną notą papieską do władz III rzeszy. Pokłosiem tego aktu były też liczne słowa papieskiej otuchy do narodu polskiego, wypowiedziane w najbliższym czasie.

W konsekwencji papieskiej krytyki komunizmu stalinowscy historycy dołożyli niemało starań, by zdyskredytować postać Piusa XII w oczach świata. Bogaty materiał źródłowy, ukazujący jego życzliwość dla uciśnionych przez rządy okupantów i świadczący o poparciu dla narodu polskiego to argument, z którym nie ma prawa polemizować propaganda, oparta na niewiedzy odbiorców. Metropolita Krakowski w dużym stopniu zbudował w umysłach Papieskiego Sekretariatu Stanu obraz ogromu nieszczęść polskiego narodu i potrzebę wsparcia, którego Stolica Apostolska udzielała.

Okupacja hitlerowska kończyła się i nastawały czasy sowieckie, które dla Kościoła miały okazać się pod wieloma względami cięższą próbą.

W pierwszym akcie powojennej historii arcybiskup Sapieha miał jednak uzyskać zaszczyt, który był nie tylko uhonorowaniem jego dotychczasowej postawy, ale i podporą dla dalszej walki o wartości. Na konsystorzu 18 lutego 1946 roku został zaliczony w poczet kolegium kardynalskiego. Jako kośćiół kardynalski otrzymał Santa Francesca Romana przy Forum Romanum. Sprawa kapelusza kardynalskiego wydawała się rozpoczętą jeszcze w 1914 roku, przewidywano, że zakończy się w 1919 roku, na progu Polski Odrodzonej, ale dziwnym zrządzeniem Bożym znalazła swój finał, na progu Polski Ludowej. Nieopisana radość zapanowała w Krakowie. Warto przypomnieć, że gdy wracał z Rzymu rozentuzjazmowani studenci unieśli go na ramionach razem z samochodem! Ten niespotykany kontakt z młodymi człowieka, który chciał z racji wieku ustąpić z Archidiecezji w 1939 roku to niewytłumaczalna racjonalnymi metodami charyzma.

W nowej sytuacji społeczno-politycznej kardynał Sapieha podjął działania, które z jednej strony miały dostosować Kościół do oczekiwań społecznych, a z drugiej obronić się przed odciągnięciem od religii mas ludowych łatwymi hasłami głoszonymi przez PKWN. Kardynał Sapieha szybko przekonał się co do intencji nowej władzy, a upewniły go rozmowy Rządu z Episkopatem, które miały uśpić czujność duchowieństwa, podczas gdy komuniści prowadzili akcję likwidacji prasy, instytucji i wpływów Kościoła bezpardonowo.

Podczas gdy w Warszawie toczył się Kongres Jedności Robotniczej (15-21 XII 1948), na którym doszło do zjednoczenia PPS i PPR, Sapieha wysłał do Bieruta memoriał, w którym bez ogródek wyliczał łamanie przez Rząd swobód religijnych, zagwarantowanych w Konstytucji.

Do ważniejszych posunięć Metropolity Krakowskiego należało powołanie do życia „Tygodnika Powszechnego”.

Walczył z nową władzą różnymi metodami. Pisał do Bieruta twardo w różnych sprawach, ujmując się za krzywdzonymi przeciwnikami nowego ustroju i poszkodowanymi z różnych względów, a nade wszystko ideologicznych. Do anegdoty przeszła (choć faktem była!) akcja kardynała Sapiehy, jaką podjął na wieść o chęci wysiedlenia z kilkuset pięknych mieszkań Krakowa zasiedziałych tam od pokoleń rodzin. Mieszkania miały służyć prominentom. Sapieha w liście do Bieruta zaproponował, aby rodziny krakowskie wysiedlić do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu... Sprawę wysiedleń powstrzymano!

Stoczył z władzą ludową potężną batalię w obronie „Caritasu”, który istniał, by pomagać ubogim...

Wiedział, że tak on jak i jego podopieczni są inwigilowani, że w różnych częściach Polski podejmowane są akcje Urzędu Bezpieczeństwa, mające na celu zniszczenie Kościoła. Komuniści wraz z postępami Stalinizmu imali się coraz drastyczniejszych metod. Kard. Sapieha pisał 22 lutego 1949 r. do biskupa Gawliny:

„Sytuacja nasza nie doszła do takiego zaostrzenia jak na Węgrzech, ale już jesteśmy bardzo blisko. (...) Brak czegoś, co by dawało nadzieję na przyszłość, przygniata.” (Cyt. wg J. Czajowski, op. cit. s. 192)

Był od początku do końca przeciwny podpisywaniu jakichkolwiek układów z komunistami.

Obawiając się aresztowania i tortur, z największą jasnością umysłu, napisał 6 marca 1950 roku jakże znamienne oświadczenie, będące świadectwem tego okresu w dziejach Polski:

“W razie gdybym został aresztowany, stanowczo niniejszym ogłaszam, że wszelkie moje złożone tam wypowiedzi, prośby i przyznania się są nieprawdziwe. Nawet gdyby one były wygłaszane wobec świadków, podpisane, nie są one wolne i nie przyjmuję ich za swoje”(J. Wolny (w:) KS s. 554).

Jesienią 1950 roku stwierdzono u Księdza Kardynała obok bronchitu, na który chorował od dzieciństwa także zawał serca i chociaż do połowy grudnia został zaleczony to już prawdziwie do zdrowia nie wrócił. Nie dane mu było uczestniczyć w beatyfikacji swego papieża Piusa X. Świadomy swej słabości 3 maja 1951 roku przekazał biskupowi-koadiutorowi Eugeniuszowi Baziakowi rządy archidiecezją. W ostatnim okresie życia poświęcał wiele czasu (jak wielu wielkich ludzi) lekturze „O naśladowaniu Chrystusa”. Cierpliwie znosił chorobę. Kardynał Sapieha zmarł 23 lipca 1951 roku w Pałacu Biskupim w Krakowie. Żałobną wieść ogłosił Krakowowi głos dzwonu Zygmunta.

Jego pogrzeb stał się wielką manifestacją szacunku, wierności swemu Pasterzowi, uznania i czci, a nawet uwielbienia, a jak podkreślił ks. bp Albin Małysiak, był także manifestacją siły katolików w Polsce w okrutnych czasach stalinizmu.

Z okien Pałacu Biskupiego w Krakowie, z którego patrzą na Wawel wszyscy metropolici krakowscy, Ojciec Święty Jan Paweł II powiedział:

„Lata płyną naprzód. Już wielu nie pamięta Księcia Kardynała Adama Stefana Sapiehy. Ci, którzy pamiętają, tak jak ja, mają obowiązek przypominać, ażeby ta wielkość trwała i tworzyła przyszłość Narodu i Kościoła na tej polskiej ziemi. Bóg Ci zapłać, Księże Kardynale, za to, kim byłeś dla nas, dla mnie, dla wszystkich Polaków...”

W świetle licznych faktów z życia księcia Adama Stefana kardynała Sapiehy jawi się on jako postać o nieprzeciętnej inteligencji, o wielkiej sile ducha, umiejąca podążać inną drogą niżby niejednokrotnie oczekiwały tego tłumy. Był człowiekiem, któremu nie sprzyjało wiele okoliczności, który uwikłany został w sytuacje niekorzystne, z których starał się zawsze wychodzić z głęboką wiarą w Boga i z godnością. Jakże często popełniamy błąd widzenia wielkich tak, jakby otrzymali wielkość i sławę bez własnej pracy...

Jeżeli udało mi się pokazać Bohatera tego pamiątkowego wydawnictwa w jego dochodzeniu wśród przeciwności do uznania, jakim się dzisiaj powszechnie cieszy, to niech tym bardziej będzie w panteonie najwybitniejszych Polaków postacią do naśladowania.

Każda publikacja jest niedoskonała, gdy myślimy o Człowieku tej miary. Słowa nie oddadzą np. uczucia, jakim obdarzyli go Krakowianie i Polacy za jego postawę w latach I i II wojny światowej, za jego niezłomny charakter w chwilach próby, za jego bezpośredniość i serdeczność na co dzień. Tylko pośrednio przebija ze źródeł pisanych, jaką był opoką dla milionów zapatrzonych w niego. Tylko fragmentarycznie widać z filmów i zdjęć, jak garnęli do niego ludzie. Nigdy nie dowiemy się, o ile więcej dobra wyrządził, które dla jego czynienia musiało pozostać utajnione. Poprzestając nawet jednak tylko na tym, co jest nam wiadome pewni jesteśmy, że zasługuje na miano jednego z najwybitniejszych Polaków.